top of page
Nataliia Hordybakina 0.jpg

Nataliia Hordybakina

Pomoc Tanatokosmetyczna
na Dolnym Śląsku
​ 
Szacunek, Dokładność, Profesjonalizm

Wszystkie dzieci znajdują się w kapuście, a ja – w trumnie ⚰️

  • Zdjęcie autora: NATALIIA HORDYBAKINA
    NATALIIA HORDYBAKINA
  • 31 mar
  • 2 minut(y) czytania

Rzadko opowiadam tę historię. W najdrobniejszych szczegółach zna ją moja babcia, ale ze względu na swoją przesądność przekazywała mi ją niejako "między palcami" – niby opowiadała, a jednak jakby nie do końca.

Krótka historia z dzieciństwa: pogrzeb prababci na wsi, rodzina przy stole, a kilkuletnia dziewczynka zostaje przy trumnie i próbuje poprawić pantofel zmarłej. Ironiczny, lekko mroczny ton i późniejsza refleksja o wyborze zawodu.

Nie pamiętam, w którym dokładnie roku (na pewno po 2000) zmarła moja prababcia – matka mojego dziadka. Powiedzmy tak: nie byli to najbardziej ciepli ludzie. W dzieciństwie cały ich ród wydawał mi się jakiś… wadliwy, ale to już zupełnie inna historia.

Kiedy prababcia zmarła, miałam nie więcej niż pięć lat. W tamtym czasie największym moim lękiem było pierwsze pójście do szkoły, więc jej pogrzeb nie stał się dla mnie ani tragedią, ani szczególną stratą. Prawie nie miałyśmy ze sobą kontaktu – wydawała mi się dziwną, wiecznie niezadowoloną wiejską babą, do tego wyraźnie skąpą. Klasyka gatunku.

Przyprowadzano mnie do jej rozpadającego się i z jakiegoś powodu zawsze lodowatego domu po prostu dlatego, że nikt nie miał dla mnie czasu.

No i umarła. Zjechała się cała rodzina – bliższa, dalsza, a nawet tacy, których widziałam pierwszy i ostatni raz w życiu. Trumnę z jej ciałem przywieziono prosto do domu i ustawiono w korytarzu na dwóch drewnianych taboretach. Korytarz był zresztą najprzestronniejszym miejscem w domu, więc tam właśnie ulokowano "główną ekspozycję".

Pokój, w którym mieszkała, był malutki: łóżko, szafa, stół "dwa w jednym" (zarówno kuchenny, jak i do pisania), piec – minimalizm z elementem przetrwania. To właśnie tam zebrała się większość żałobników. Dlaczego? Bo na stole stał alkohol i przekąski. Jak to się mówi – gdzie żegnasz, tam i wspominasz.

Była jeszcze druga część domu, ale prababcia za życia kategorycznie zabraniała tam wchodzić – z niemal agresywną zachłannością. Można było odnieść wrażenie, że nawet ona sama wchodziła tam jakby na limit, jakby każde wejście było reglamentowane, z wewnętrzną karą za każde otwarcie drzwi. Jak się później okazało, właśnie tam przechowywała największe skarby swojego życia: masło, dywany, dżemy… I ani jednej książki.

W efekcie większość rodziny rozgościła się przy stole. Przy trumnie zostałam ja.

Nie powiem, żeby nachodziły mnie wtedy jakieś filozoficzne refleksje czy wzniosłe uczucia. Wszystko było znacznie prostsze: wydawało mi się, że prababci nie do końca założono biały pantofel na stopę. Do tego kamienna podłoga w tym domu szybko odbierała mi czucie w nogach.

Decyzja zapadła szybko: przyniosłam krzesło, stanęłam na nim, weszłam do trumny i zaczęłam poprawiać ten nieszczęsny pantofel.

W tym momencie do korytarza weszła moja babcia.

Biorąc pod uwagę jej przesądność, można powiedzieć, że zobaczyła jedną z najmniej przyjemnych scen w swoim życiu (jej wtedy jedyna wnuczka w trumnie). Zostałam szybko wyjęta z trumny, po czym nastąpiło nerwowe tłumaczenie, dlaczego absolutnie nie powinnam była tego robić. Co dokładnie mówiła – oczywiście nie pamiętam.

◾️ P.S. Kiedy później powiedziałam jej, że zaczęłam się uczyć tanatokosmetologii i tanatopraktyki, jakoś połączyła te fakty. Najwyraźniej uznała, że to prababcia mnie zainspirowała. Jakkolwiek by nie było – to moja babcia wsparła mnie całym sercem… choć, podejrzewam, z lekkim wewnętrznym dreszczem.

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page