Mroczna historia baśni braci Grimm
Jeszcze na studiach pisałam pracę okołonaukową o niezwykle obiecującym tytule — „Mroczna historia słynnych baśni dla dorosłych”. Był odległy 2017 rok i wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że dziewięć lat później będę stała przy grobie rodziny Grimmów i patrzyła na te nazwiska zupełnie innymi oczami.

Bo jest pewien drobny szczegół, o którym jakoś rzadko mówi się dzieciom przy okazji „Czerwonego Kapturka”.
Jakob i Wilhelm Grimmowie właściwie nie napisali żadnej z najsłynniejszych baśni, które zwykliśmy uważać za ich autorstwa❗️
„Królewna Śnieżka”. „Roszpunka”. „Jaś i Małgosia”. „Kopciuszek”. „Wilk i siedem koźlątek”.
Brzmi jak lista lektur obowiązkowych dzieciństwa. Tymczasem Grimmowie nie siedzieli w przytulnym niemieckim salonie i nie zastanawiali się:
„No dobrze, co by tu dziś wymyślić?”
Ich rola była zupełnie inna ⤵️

Na początku XIX wieku bracia Grimm zaczęli zbierać i opracowywać opowieści funkcjonujące w tradycji ustnej❗️
Interesowało ich nie tylko samo opowiadanie, ale również język, kultura i pamięć ludowa krajów niemieckojęzycznych. W czasach napoleońskich w Niemczech coraz silniejsze były również dążenia do odnalezienia własnej tożsamości kulturowej.

Baśnie miały więc być czymś więcej niż historyjkami dla dzieci. Miały być śladem dawnego świata — jego języka, wyobraźni, lęków i sposobu myślenia.
I tutaj robi się naprawdę ciekawie.
Bo ten dawny świat miał zdecydowanie mniej cenzury niż współczesny.
Ludowe baśnie były znacznie brutalniejsze, bardziej cielesne i zdecydowanie mniej „family friendly”, niż znamy je dzisiaj.
W różnych wcześniejszych wersjach tych opowieści można znaleźć seks, kazirodztwo, kanibalizm, przemoc, gwałt, dzieciobójstwo, okrucieństwo i inne zwroty akcji, po których współczesny Disneyland prawdopodobnie poprosiłby o chwilę przerwy i konsultację z prawnikiem.

Ale jest tu pewien haczyk ⤵️
Grimmowie nie po prostu wzięli starych, brutalnych historii i nie wykreślili z nich wszystkiego, co uznali za zbyt straszne. Ich własne kolejne wydania również się zmieniały. Z czasem język stawał się bardziej literacki, fabuły bardziej uporządkowane, a niektóre sceny łagodniejsze.
Co ciekawe, między pierwszym wydaniem ich zbioru z 1812 roku a kolejnymi edycjami zmieniło się naprawdę sporo. Niektóre historie zostały przeredagowane, inne rozbudowane, a część szczegółów dostosowano do zmieniającego się wyobrażenia o tym, czym właściwie powinna być baśń.

I właśnie dlatego Grimm, którego znamy dzisiaj, nie zawsze jest tym samym Grimmem, którego czytali pierwsi czytelnicy.
Baśnie też dorastały. Tyle że zamiast chodzić na terapię, przechodziły kolejne redakcje.
A potem pojawił się Disney.
I tutaj rozpoczął się kolejny etap wielkiego baśniowego liftingu ⤵️
Zamiast makabry — piosenka.
Zamiast krwi — pastelowa scenografia.
Zamiast rodzinnej traumy — gadający zwierzak.
A zamiast pytania: „Co tu się, do diabła, wydarzyło?” — oczywiście: „I żyli długo i szczęśliwie”.

Disney nie wymyślił tej tendencji od zera. Baśnie od dawna były przepisywane, skracane, moralizowane i dostosowywane do odbiorców. Ale kino zrobiło z tego prawdziwą fabrykę szczęśliwych zakończeń.
I nagle historie, które przez stulecia były opowieściami o głodzie, przemocy, śmierci, seksualności, strachu i przetrwaniu, zaczęły wyglądać jak kolorowe instrukcje obsługi dzieciństwa.
Dlatego kiedy dziś słyszymy „baśń braci Grimm”, warto pamiętać, że mamy do czynienia nie z jednym oryginalnym tekstem, ale z całą historią kolejnych zmian.
Najpierw była opowieść przekazywana z ust do ust.
Potem ktoś ją zapisał.
Potem Grimmowie ją zebrali i opracowali.
Potem sami Grimmowie wielokrotnie zmieniali własne teksty.
Potem kolejne pokolenia zmieniały Grimmów.
A na końcu Disney zrobił z tego produkt, przy którym nawet najstraszniejszy wilk wygląda jak potencjalna maskotka.
I właśnie dlatego określenie „baśnie braci Grimm” jest trochę mylące. To nie tyle pojedyncze dzieła dwóch autorów, ile efekt długiej literackiej ewolucji — opowieści, które przez lata zmieniały kształt, język i znaczenie.
Można więc powiedzieć, że to cenzura cenzury cenzury. Choć może trafniej byłoby powiedzieć: kolejne warstwy redakcji, obyczajowości i wyobrażenia o tym, co wolno opowiadać dzieciom.
A kiedy stoisz przy grobie braci Grimm, cała ta historia nagle robi się trochę bardziej namacalna.

Patrzysz na nazwiska ludzi, których kojarzysz z dziecięcymi bajkami, i zaczynasz się zastanawiać, jak bardzo zmieniły się te opowieści, zanim trafiły do naszego dzieciństwa — pod koc, do łóżka i na dobranoc.
Bo może największą baśnią wcale nie jest ta o Kopciuszku, Śnieżce czy Czerwonym Kapturku.
Największą baśnią jest chyba ta, że zawsze były właśnie takie, jak je pamiętamy z dzieciństwa.





Komentarze